W pogoni za śniegiem – powtórka z Gruzji

Maj 12th, 2015

Zaczyna się tutaj robić trochę monotematycznie. To już 3 wpis z rzędu o naszych małych podróżach i kolejny o Gruzji. Ale nic nie poradzę, że tam po prostu chce się wracać. Tym razem wyjazd zaplanowaliśmy tak, żeby więcej czasu poświęcić na samo Tbilisi. Rozpoczęliśmy rzecz jasna od zakupów na pchlim targu obok Suchego Mostu. To chyba nasze ulubione miejsce w stolicy. Polecamy je wszystkim miłośnikom staroci, a w szczególności zapaleńcom fotografii analogowej. Nam w tym roku udało się kupić obiektyw wielkoformatowy Aeroektar i pierwszego analogowego Canona z wbudowaną lampą do uwieczniania ciekawych momentów w podróży.





















Tbilisi ze swoim ciekawym położeniem pozwala z jednej strony podziwiać nowoczesną architekturę, z drugiej natomiast zniszczone uliczki Starego Miasta i jego sypiące się kamienice. Najlepszy widok na panoramę zapewniają tarasy widokowe, na które dostaniemy się dwiema kolejkami linowymi.










































Po 2 dniach w stolicy ruszyliśmy za śniegiem, do Gudauri. Planowaliśmy podróż tanią marszutką, ale w ostatniej chwili trafiła się okazja na komfortową przejażdżkę SUVem za dobre pieniądze, więc grzechem było nie skorzystać. O tym jak było nie będę się rozpisywał, zdjęcia mówią same za siebie. Pomimo, że góry nie przywitały nas świeżym opadem, to poczęstowały kilkoma pięknymi zjazdami. Dziękujemy! Wrócimy po więcej. W tym miejscu wysoka piątka dla całej ekipy z Happy Yetti i pokoju nr 4 (pomimo synchronicznego chrapania dobre wrażenie pozostało).
























Ten kto czytał ostatni wpis o Gruzji wie, że podczas wizyty w Kazbegi poznaliśmy Gieorgija – starszego Gruzina, który zaprosił nas do siebie. Postanowiliśmy do niego pojechać i przywieść zrobione rok wcześniej zdjęcia. Mieliśmy sporo szczęścia, że akurat odwiedzał go syn, bo Gieorgij w pierwszej chwili nas nie poznał. Dopiero przeglądane zdjęcia przywróciły mu pamięć. I znów zakosztowaliśmy gruzińskiej gościnności i mocnego, domasznego wina. Będąc w Kazbegi nie mogliśmy nie zaliczyć wizyty w naszym ulubionym, designerskim hotelu „Rooms” (gorąca czekolada niezmiennie wyśmienita). W tym roku zapuściliśmy się kawałek dalej za miasto i dojechaliśmy do granicy z Rosją, przy której znajduje się pięknie położony monastyr.



































Przed powrotem do Polski mieliśmy jeszcze jeden dzień żeby poszwędać się po Tbilisi. Jak zwykle ruszyliśmy tropem starych kamienic i lokalnych knajpek z dobrą strawą. Mamy jedną radę dla osób chcących zwiedzać Tbilisi pieszo. W stolicy Gruzji trzymajcie się z dala od głównych ulic. Daremno tam szukać przejść dla pieszych i wyrozumiałości kierowców, a przebiegnięcie ruchliwej 6-pasmówki to walka o życie. Za to taksówki są tanie jak barszcz, więc nie ma tego złego…:) Mimo dyskryminacji przechodniów Gruzja po raz kolejny nas zachwyciła. Ta gościnność, przepyszna kuchnia, domaszne wino, klimat rodem z PRLu, no i góry…Już chce się wracać.










































Portugalia – plaże, uliczki i mewy

Kwiecień 6th, 2015


Przy okazji Świąt znalazłem chwilę czasu żeby wrócić do Portugalii i w końcu wybrać kilka zdjęć, którymi mogę się z Wami podzielić. Podróż była intensywna, ponieważ chcieliśmy przejechać z Porto do Lizbony w 3 dni, zaliczając po drodze kilka miejsc. Celem były nieoblegane przez turystów plaże i skaliste wybrzeże Portugalii. Niektóre punkty podróży były zaplanowane, a pozostałe zatrzymały nas zupełnie przypadkiem. Dwa dni przeznaczyliśmy na pobyt w Porto nie zaliczając przy tym większości atrakcji z przewodnika, bo i po co? Ale nie mówimy tutaj o portugalskim winie. Zachwycaliśmy się klimatycznymi uliczkami miasta i spokojnym tempem życia jego mieszkańców. Piękne stare miasto z mostem Dom Luis’a I na czele i fasady kamienic pokryte azulejos urzekły nas najbardziej.
















Pierwszy nocleg w trasie, który polecam wszystkim podróżującym samochodem, spędziliśmy przy plaży Paredes da Vitória przed miasteczkiem Nazare ( nie mylić z Nazaret). Pusta, nie licząc kilku mew, które zajmowały większą część spotu.




Po drodze zaliczyliśmy nieplanowany przystanek w miasteczku Obidos. Zakaz ruchu kołowego, wąskie uliczki i całość położona na wzgórzu za murami obronnymi. Kolorystyką przypominało to grecką architekturę. Miejsce bardzo przypadło nam do gustu.





Kolejna plażowa perełka, którą odwiedziliśmy to spot surferski w Peniche. Długa, piaszczysta i idealna do nauki plaża dla amatorów surfingu. Będąc w tych okolicach grzechem byłoby nie popłynąć na wyspę Berlenga, zamieszkałą tylko przez rybaków i nadmorskie ptactwo. Największy fun to sama podróż szybką motorówką – 20-minutowy rollercoaster na wodzie.









Z pośpiechu i ogólnego nieogarnięcia umknęły nam 24h. Kiedy zorientowaliśmy się, że mamy dodatkowy dzień, postanowiliśmy spędzić go leniwie na pięknej plaży w Santa Cruz. Ogromna, wyżłobiona skała położona w pobliżu zrobiła na nas spore wrażenie. Pod koniec dnia ruszyliśmy na, jak się okazało przereklamowany przylądek Cabo da Roca. Tłumy turystów i widoki niczym nie odbiegające od tych, które zaliczyliśmy po drodze.







Ostatni nocleg przed Lizboną spędziliśmy w Cascais. Szczęście nam dopisało i trafiliśmy na coroczny Festiwal Światła – Lumina. Pokazy mappingu 3D, lasery i gra świateł w najróżniejszej postaci. Krótki przystanek zrobiliśmy też w Sintrze, gdzie mieści się jeden z najpiękniejszych pałaców w Europie. Niestety z braku czasu nie zobaczyliśmy wszystkich urokliwych miejsc w tej okolicy.






Lizbona – miasto tętniące życiem, gdzie pogoda zmienia się w ułamku sekundy. Nasze ulubione miejsca były raczej oddalone od turystycznych atrakcji. Spacerowaliśmy w poszukiwaniu klimatycznych uliczek i smacznego jedzenia. Jedno z takich miejsc znaleźliśmy w dzielnicy Belem. Rodzinna knajpka „O Carvoeiro” z rozłożystym drzewem przy wejściu. Polecamy wszystkie dania z menu, bo jak zapewnił nas właściciel wszystko jest „Mniam mniam mniam” ( potwierdzamy). Podróż żółtymi tramwajami rozpoczynaliśmy w godzinach porannych kiedy jeszcze w 30 osobowym wagonie nie było 70 turystów. Jeśli chodzi o poruszanie się po mieście to generalnie nie polecamy samochodu. Komunikacją miejską dostaniemy się wszędzie za niewielkie pieniądze, a zaparkowanie w mieście graniczy z cudem.

tramwaj

uliczki




portret




tramawaj

tramwaj portret




Z pewnością do Portugalii jeszcze wrócimy żeby nauczyć się surfować i zajadać się Pastel de Nata.



GRUZIŃSKIE KLIMATY

Marzec 24th, 2014

Po trzech tygodniach od urlopu, w końcu udało się wybrać kilka zdjęć, które mam nadzieję chociaż w małym stopniu oddadzą klimat panujący w Gruzji (i nie mówię tu o pogodzie). Dzięki temu, że cały wyjazd zorganizowaliśmy sami była okazja żeby poznać lokalesów, zakosztować gruzińskiej kuchni i trochę off-roadu.
Bilety do Kutaisi udało się kupić już pół roku przed wyjazdem za wesołe 150 zł w dwie strony, co szczerze mówiąc było bodźcem do zorganizowania całej wycieczki. Potem było już tylko ciężej. Noclegi w Gudauri, czyli największym kurorcie zimowym w Gruzji są o dziwo stosunkowo drogie w porównaniu do całej reszty kraju. Ale nie było opcji żeby się wycofać. Koniec końców udało się znaleźć bardzo przyjemny hostel, który nawiasem mówiąc jest współprowadzony przez Polaka (Pozdrowienia dla Pitera). Z ręką na sercu możemy polecić tą miejscówkę wszystkim zainteresowanym – Hostel Happy Yeti.
Transport z lotniska do Gudauri też do tanich nie należy ze względu na odległość (300km). W zimie przejazd marszutką, czyli najtańszym, dostępnym środkiem lokomocji wydaje się być wątpliwym wyborem dlatego musieliśmy znaleźć jakąś alternatywę. Wybór padł na Georgian Bus. Jak się okazało wybór zupełnie trafiony. Rezerwacja miejsc przez internet a na lotnisku szybkie przejęcie bagażu i odjazd 1,5h przed planowanym wyjazdem (w Gruzji rozkłady jazdy to pojęcie względne, jest komplet to jedziemy). Droga, jak się domyślacie do spokojnych nie należała. Pomimo tego, że był środek nocy, nie zmrużyliśmy oka. Telefon i papieros to chyba standardowe wyposażenie gruzińskiego pojazdu, a raczej jego kierowcy. Wyprzedzanie na trzeciego pomiędzy tirami to ich numer popisowy. Około godziny 3 nad ranem czasu lokalnego całowaliśmy ziemię w Gudauri. Większość podróży spędziliśmy właśnie tutaj próbując odnaleźć pozostałości świeżego śniegu na stokach, a raczej poza nimi. Mieliśmy niesamowite szczęście. Od 20 lat nie pamiętają tak słabego sezonu, śniegu jak na lekarstwo. Ale dzięki temu część czasu poświęciliśmy na poznanie prawdziwej Gruzji i znalezienie dobrych miejscówek freeridowych. Jak pogoda dopisze Gudauri zamienia się w raj dla wielbicieli świeżego puchu i jazdy poza trasami. Te góry urzekły nas swoją różnorodnością i spokojem, którego nie uraczymy w większości alpejskich, a tym bardziej polskich kurortów.
Trochę się rozpisałem, ale nie po to się tu zebraliśmy żeby czytać moje wspominki z wakacji, więc wrzucę kilka zdjęć. Na pierwszy rzut nasz trip na stopa do Kazbegi.


Swojski klimat czuć w całym miasteczku. Mieliśmy wrażenie, że na jednego mieszkańca przypada 5 sztuk bydła, jedna świnia i ewentualnie sabaka.
Generalnie cofamy się do czasów liczydła w sklepach i przeterminowanych towarów na półkach. Naszym numerem jeden został Google Market (widocznie strategia marki na rynkach wschodnich jest mocno zróżnicowana).
















Jedyne miejsce, które zbliża nas do Europy to pięciogwiazdkowy hotel z niesamowitym widokiem na górę Kazbek (5033.8 m n.p.m)
















W Kazbegi poznaliśmy Gieorgij’a, który pokazał nam jak wygląda gruzińska gościnność. Obiecaliśmy wysłać mu zdjęcia psa. Pytając o adres usłyszeliśmy Gruzja – Kazbegi (mamy nadzieje, że dojdzie).






















Żeby nie wyjść na takich, którzy nie lubią zwiedzać na koniec odwiedziliśmy klasztor Cminda Sameba, z którego rozpościerał się przepiękny widok na pobliskie szczyty.
















I jeszcze kilka zdjęć ze spaceru po Gudauri.






















A teraz główny cel naszej wyprawy :)

























Przedostatni dzień i super trip z przygodami do stolicy. Przy okazji pozdrawiamy całą ekipę z honkera! Dzięki za szampana, pierwsze wino, drugie wino, trzecie……
















DIY, czyli water drops po polsku.

Grudzień 30th, 2013

Dzisiaj kilka zdjęć kropelek. Łatwe do zrobienia… jeśli tylko masz do dyspozycji elektroniczny system dozowania kropli, system wyzwalania lamp z belką laserową itp. Ale kto by chciał wydać 800 dolarów, żeby zrobić sobie zdjęcie na ścianę w kuchni :)

Przy tego typu zdjęciach mamy dwie możliwości żeby zamrozić ruch:

1. Możemy to zrobić za pomocą migawki, czyli ustawiamy krótki czas naświetlania np. 1/6000 czy 1/8000 lub krótszy.
2. Możemy zamrozić ruch błyskiem lampy. Tak też zrobiłem w tym przypadku.

Jak się do tego zabrać? Po pierwsze, należy wykonywać zdjęcia w zupełnie zaciemnionym pomieszczeniu. Zdjęcie naświetli się w momencie wyzwolenia lampy błyskowej. Czas naświetlania nie ma tu większego znaczenia (np. przy ustawieniu migawki na wartość 5 sek czy 1/200 i F/11 efekt będzie taki sam pod warunkiem, że nie zmienimy ustawień lampy błyskowej). Przy tym ustawieniu należy pamiętać żeby lampa błyskowa była ustawiona na jak najniższą moc błysku. Czemu takie ustawienie ma znaczenie? Im większa moc lampy, tym dłuższy czas błysku, co może spowodować poruszenie na zdjęciu. Aby uniknąć dużych szumów staram się ustawiać jak najniższe ISO.

Żeby uzyskać efekt zderzających się kropli woda musi spadać z częstotliwością dziesięciu kropli na sekundę i musimy uchwycić dwie pierwsze krople. Do uzyskania bardziej efektownych kombinacji musimy użyć większej ilości dozowników. Żeby moje krople przybrały ciekawy kształt dodałem do roztworu w dozownikach odrobinę gumy ksantanowej, która zwiększyła gęstość wody i nadała jej sprężystości. Często stosuje się także barwniki spożywcze żeby nadać kroplom konkretny kolor, wtedy efekt jest ciekawszy. To chyba wszystko jeśli chodzi o samą wodę.
Kolory tła uzyskałem zakładając na lampy błyskowe kolorowe żelki, co zaznaczyłem na szczegółowym diagramie pod zdjęciami. Same lampy ustawione były za plexi w kolorze mlecznym, dzięki czemu uzyskałem bardziej rozproszone światło. Ustawienia aparatu też znajdziecie na diagramie.
Ciekawostka. Podczas focenia często zamiast pożądanego efektu z wody wyłaniają się starcy, dzikie kaczki i inne pokraki, takie jak łabędź na załączonym obrazku.
Smacznego :)





















GOORAL i Kasia Sochacka w Krakowie

Grudzień 18th, 2013

W dniu 17 Listopada w krakowskim klubie Kwadrat odbył się charytatywny koncert z cyklu Hau’asujemy organizowany przez portal KARMIMYPSIAKI.PL

Hau’asujemy – to nowa inicjatywa ogólnopolskiej akcji Karmimy Psiaki. Nadrzędnym celem jest zebranie środków na budowę pierwszego w Polsce Ogólnopolskiego Centrum Adopcyjnego dla Psiaków.
Tak więc jeśli kochacie zwierzaki i chcecie pomóc KLIK.

Zagrali: GOORAL, KASIA SOCHACKA i RED HEELS .

O samym koncercie nie będę się rozpisywał. Wrzucam kilka zdjęć, a poniżej filmik z WOŚP żebyście mogli zobaczyć jak się skacze na koncercie GOORALA ;)




































 

© 2010 Marcin Malicki Fotografia Kraków | All Images Copyright ... | Blog Theme Created by LJP & SLR Lounge
Fotografie są własnością autora. Wykorzystywanie i powielanie ich bez zgody autora jest zabronione.